Dziecko na desce okiem fizjoterapeuty – „Daj mu czas i patrz!”

Surfing dziecko

„Piaszczysta kosa”, czyli Półwysep Helski wiosną budzi się do życia. Wszyscy odliczają czas, by móc zaszyć się na swoich ulubionych kempingach i zetknąć z siłami natury. Wśród nich są też rodzice, którzy marzą o tym, by móc zaszczepić w swoich pociechach miłość do deskowych sportów.

Kiedy rozpocząć naukę? Czego się wystrzegać? Jak być w tym wszystkim towarzyszem, a nie wymagającym trenerem? I wreszcie jak swoją zajawkę przerodzić w atrakcyjną formę zabawy dla malucha? Na te pytania odpowiada Magdalena Potrykus, doświadczona fizjoterapeutka dziecięca, a prywatnie wielka miłośniczka półwyspowego klimatu.

Jesteś fizjoterapeutką, ale pracujesz głównie z najmłodszymi. Dlaczego akurat dzieci?

W zasadzie nigdy się nad tym nie zastanawiałam, ale myślę, że życie samo za mnie wybrało. Mój brat ma mózgowe porażenie dziecięce, więc tak naprawdę od zawsze w tym – w terapii – po prostu byłam. Wybór drogi zawodowej okazał się więc zupełnie naturalny. Taka karma, jakby to powiedział mój dobry znajomy Mangoon.

Z drugiej strony odkąd pamiętam organizowałam sobie i dzieciakom z mojej ulicy zabawy, gry zespołowe i marzyłam, że kiedyś będę „panią od wuefu”. Ten plan zrealizowałam, ale trochę bardziej na swój sposób.

Uwielbiam pracę z małymi dziećmi. Dostaję do rąk małego człowieka, rodzi się więź, zaufanie, relacja, na  której dodatkowo buduję swoją terapię. Ta praca to moja pasja, fascynuje mnie ich rozwój.

W tym wszystkim są też rodzice. Nie możemy o nich zapomnieć. Sytuacja, w której coś, nawet marginalnie niepokojącego, dzieje się z dzieckiem – nie jest dla opiekunów łatwa. Często pojawiają się trudne emocje jak strach, niepewność.  Jest to oczywiście zupełnie zrozumiałe. I tutaj również potrzebujesz pełnego zaufania.

Trudności jest cała masa, ale radości również nie brakuje! To są oczywiście pierwsze kroki, pierwsze słowa, każda nowa umiejętność, czasami spojrzenie i zatrzymanie wzroku na twarzy, a czasami jeden mały uśmiech wypracowany miesiącami…

 

Z jakimi problemami zdrowotnymi małych pacjentów najczęściej się spotykasz?

Dzieci pojawiają się u mnie z przeróżnymi trudnościami i w różnym wieku. Większość z nich to niemowlęta ale są też dzieci w wieku przedszkolnym i szkolnym. Czasami, powodem zgłoszenia się do gabinetu fizjoterapeutycznego jest asymetria w ułożeniu ciała, niechęć do z leżeniem na brzuchu, problemy z jedzeniem czy snem. Z drugiej strony będzie to lekooporna padaczka, wada serca, mózgowe porażenie dziecięce czy wrodzony brak jednej ręki.

Podałam bardzo skrajne przykłady, ale taka jest rzeczywistość. Są dzieci, które pomimo początkowych bardzo dużych trudności, nadrabiają zaległości i ich rozwój przebiega w sposób prawidłowy, ale są też takie, którym pomoc fizjoterapeuty i obecność rodzica będzie potrzebna już zawsze.

 

Kiedy warto wybrać się z dzieckiem do fizjoterapeuty? Wciąż pokutuje taki mit, że do gabinetu udajemy się dopiero „gdy coś się dzieję”, a co z profilaktyką?

Tak naprawdę można przyjść w każdym momencie. Rodzice coraz częściej korzystają z usług fizjoterapeuty w sposób profilaktyczny, bo zdają sobie sprawę, że rozwój niemowląt można wspierać. Są bardzo świadomi i chcą po prostu wiedzieć czy ich dziecko rozwija się w sposób prawidłowy i czy umiejętności, które posiada są dobre, czy może powinni coś zmienić w pielęgnacji dziecka (pozycja do spania, karmienia, sposoby noszenia, chusta – nosidło itp.). Oczywiście są sytuacje, kiedy rodzic zgłasza szereg nieprawidłowości, które należy zweryfikować i wówczas zalecić regularną fizjoterapię lub obserwacje i tzw. pracę do domu.

 

Ciało dziecka zmienia się i rozwija bardzo szybko. Jakie cechy powinien mieć malec, by zacząć swoją pierwszą przygodę ze sportem?

Przekornie powiem, że od momentu narodzin dziecko jest już trochę sportowcem. Od samego początku zostaje poddane działaniu siły grawitacji i zaczyna z nią współpracować. Uczy się jak kontrolować ciało w przestrzeni, jak zmieniać pozycje, co zrobić żeby się przesunąć do przodu lub w bok, jak upaść żeby konsekwencje upadku były minimalne. Wzmacnia dzięki temu ciało, zarówno fizycznie jak i psychicznie, dąży do celu, nie poddaje się i szuka sposobów na poradzenie sobie z tą całą grawitacją.

Jednak sama nauka sportu związana jest z pewną dojrzałością emocjonalną, gotowością do przyjęcia informacji i wiedzy, umiejętnością utrzymania uwagi i koncentracją. Zasada jest prosta – im młodsze dziecko, tym więcej zabawy. Aktywni rodzice będą zapewne wdrażali malucha w swoje sportowe zajawki, co uważam za słuszne, jednak należy podejść do tego tematu bardzo rozsądnie. Rodzaj aktywności fizycznej w tej sytuacji musi być dostosowany do umiejętności i wieku dziecka. Warto być dla takiego malucha towarzyszem w jego sportowych poczynaniach, a nie wymagającym sukcesów trenerem.

 

Istnieją jakieś konkretne ramy wiekowe?

Opierając się na badaniach można zauważyć, że opisują one tę gotowość bardzo różnie. Nie ma w nich jednak pełnej zgodności, awpływ aktywności fizycznej na kostnienie i mineralizację kości nie jest jeszcze do końca poznany.

Przyjęło się, że okres między 3 a 7 rokiem życia to tzw. „złoty czas”, czyli moment kształtowania się sprawności dziecka, dojrzewania układu nerwowego i wzmocnienia układu kostno-mięśniowego. Często dzieci w tym czasie nie są gotowe do ukierunkowanego wysiłku fizycznego, bo to trochę „nuda” w ich spostrzeganiu świata.

Wybierają naturalne formy ruchu, a nie np. wejście na szczyt, gdzie się zmęczą i nie odnajdą w tej formie ruchu żadnej atrakcji. W innych publikacjach znajdujemy zasadę rozpoczęcia intensywnego treningu w okresie przedpokwitaniowym, tzn. po 7 roku życia.  Na pewno wiele zależy od rodzaju sportu i dojrzałości dziecka, a także, co bardzo istotne i ciekawe, od kultury danego kraju.

 

Kultury?

To bardzo ciekawe zjawisko. W Stanach Zjednoczonych wyznaje się zasadę 3 godzin treningu dziennie przez 10 lat, aby dziecko stało się mistrzem w danej dziedzinie sportowej. W Tajlandii chłopcy rozpoczynają treningi bardzo wcześnie i mało który rodzic zwraca uwagę na stan mięśni czy kości.

W Chinach dzieci trenują w zamknięciu i to też dla tego kraju jest zupełnie naturalne. Jeżeli chodzi o nasz kraj to natknęłam się na takie stwierdzenie: „Polskie Towarzystwo Medycyny Sportowej opracowało program treningowy dla dzieci, według którego do 6. roku życia powinniśmy sport łączyć z zabawą, zachęcać do niego, proponując gry sprawnościowe, takie, które wywołają u dziecka poczucie spełnienia, satysfakcji.  Dopiero potem możemy zacząć rozglądać się za dyscypliną”.  

Zgadzam się z tym, ale mam również własną teorię wynikającą bardziej z wiedzy empirycznej niż z intensywnej analizy badań, co nie oznacza, że tego nie robię i nie uwzględniam (śmiech). Jestem człowiekiem, który „czuciowo” odbiera świat i sama często doświadczam aktywności zanim zaproponuje cokolwiek dziecku i rodzicowi.

Myślę, że powinno nam świecić w głowie jak neon jedno zdanie: „daj dziecku czas i patrz”. Dzieci pokazują nam bardzo wiele, jeżeli tylko pozwolimy sobie na ich obserwację, na zauważenie tego, co lubią robić i jak się bawią. Wówczas sport stanie się dla nich czymś zupełnie naturalnym, a w przyszłości być może sposobem na siebie.

 

A jak to wygląda w kwestii takich sportów jak windsurfing, surfing czy deskorolka?

Obojętnie jaki rodzaj sportu aktywności sobie wstępnie zaplanujemy, należy wystrzegać się przymusu i realizowania poprzez dziecko swoich niespełnionych sportowych marzeń. Wkręcenie dziecka w zajawkę rodzica musi odbyć się w formie zabawy.  

Myślę, że większość z nas nie lubi być zmuszana do czegokolwiek. Oczywiście, znam takich, którzy nienawidzili np. kitesurfungu, bo tata kazał, a teraz nie mogą bez niego żyć i są w tym doskonali! Myślę jednak, że to właśnie kwestia dojrzałości…, to trochę jak ze smakiem kolendry – też musiałam do niego dojrzeć (śmiech).

 

Mówisz o dojrzałości, no i teraz muszę zapytać: czy są takie sytuacje, gdy łapiesz się za głowę widząc rodziców na półwyspie uczących swoich podopiecznych?

Kiedy już uda mi się „uciec” na półwysep to staram się nie być fizjoterapeutą. Utożsamiam się z tekstem L.U.C-a, który śpiewał w jednej ze swoich piosenek – „Morze to moje tu i teraz”. To czas kiedy odrywam się od trójmiejskiej rzeczywistości, pakuje longboarda, śpiwór i podziwiam zachody słońca na dachu mojej ulubionej kajtowej szkółki. To przede wszystkim mój czas, doceniam go i myślę, że to taki pozytywny egoizm.

Czasami widzę różne sytuacje, ale staram się ich nie oceniać. To wybór rodzica, jeśli jednak zauważę coś, co wyraźnie zagraża dziecku to oczywiście nie zostawiam tego bez ingerencji. Jeżeli chodzi o sam proces uczenia kitesurfingu/surfingu/deskorolki to pozostawiam to tym, którzy robią to najlepiej, czyli instruktorom danej dyscypliny. Nie znam zasad uczenia tych sportów, ale jako fizjoterapeuta wiem, że 2-3 letnie dziecko na desce przede wszystkim nie powinno być zostawione samo.

Na bezpieczną naukę pozwala asekuracja w okolicy miednicy czy tułowia. Nie można też doprowadzać do sytuacji, w której maluch pozostawiony bez nadzoru osoby dorosłej, nabiera większej prędkości i nie jest asekurowany. Wówczas łatwo o urazy, choćby ze względu na brak umiejętności panowania nad sprzętem. Dziecko musi nauczyć się kontrolować siebie na niestabilnym podłożu i połączyć to z kontrolą. To spore równoważne wyzwanie dla tak małego dziecka. Forma zabawy? Jak najbardziej ok! Krótki dystans na zachętę? Dlaczego nie! Rodzic obok? Jasne! Niech maluch czuje się bezpiecznie.

 

A są jakieś konkretne przeciwskazania? Dzieci z jakimi dolegliwościami nie powinny próbować uprawiania takich sportów?

Prawdopodobnie trudniej będzie dzieciom z niższym napięciem mięśniowym, wiotkością stawów, dużą asymetrią czy skoliozą, a idąc dalej, bardziej fizjoterapeutycznie –dzieciom z niepełnosprawnością intelektualną, mózgowym porażeniem dziecięcym, zespołami genetycznymi, wadami serca, padaczką.

Myślę jednak, że w dzisiejszym świecie wszystko jest możliwe. Obecnie istnieją różne możliwości dopasowania danego sprzętu do potrzeb dziecka – sportowca – małego zajawkowicza. Jakiś czas temu mój brat wysłał mi link do filmu o niepełnosprawnej kitesurferce i takich przykładów zapewne znajdziemy całkiem sporo. Jednak, wiadomo, nie zawsze będzie to możliwe.

Do każdego sportu należy odpowiednio przygotować ciało, a także umysł, bo przecież może się okazać, że mimo prób i starań dany sport po prostu nie jest dla tego właśnie dziecka. Także mówiąc o przeciwwskazaniach musimy pomyśleć, gdzie one się znajdują, być może czasami tylko w naszej głowie.

 

Na koniec, co powiedziałabyś rodzicom, którzy marzą o tym, by już postawić swoje dziecko na desce?

Będę powtarzać to jak mantrę: daj dziecku czas i patrz. Bądź obecny i uważny.

BIO

Magda Potrykus jest fizjoterapeutką, która na co dzień pracuje z dziećmi wymagającymi różnych form pomocy. Zazwyczaj można ją spotkać w dwóch miejscach, w gabinecie, który prowadzi wspólnie z ekipą znajomych – Centrum Wspomagania Rozwoju Dziecka A kuku oraz w Ośrodku Wczesnej Interwencji i Wspomagania Rozwoju w Gdańsku. Prywatnie jest wielką fanką wszelkich sportów deskowych począwszy od snowboardu, splitboardu, longboardu aż po kitesurfing. W wolnym czasie uprawia jogę, a w ramach równowagi „rzuca” ciężarami.